Łucznik - Artur Żurek (fragment)
- Przez kruku --
- Thursday, 23 Nov, 2023
– Ta pogoda mnie wykończy. Sypie i sypie. – Posterunkowy strzepnął z ramienia kurtki mundurowej rosnącą warstwę białego puchu. – Wszyscy siedzą pozamykani w domach, a my łazimy na tym mrozie.
– Nikt ci nie powiedział, co robi pies? – Starszy posterunkowy rzucił niedopałek papierosa w zaspę. – Twój pierwszy patrol?
– Nie, trzeci już. Cały czas na ulicę nas gonią. – Młodszy stopniem policjant potupał energicznie. – Ja z gór jestem, do zimy przyzwyczajony, tylko te buty są do niczego.
– Przemokły ci? – Starszy posterunkowy spojrzał na taktyczne trzewiki kolegi. – Tak coś słyszałem, że młodym dali te, które mieli wycofać z magazynu. Ktoś wygrał przetarg dzięki cenie, ale buty tanio szyte nie tylko nie grzeją, a jeszcze wciągają wodę jak gąbka.
– No właśnie. Pastuję, natłuszczam i gówno z tego. Cały czas wilgoć. – Westchnął. – Jeszcze odciski się robią.
– Tylko stóp w worki foliowe nie wkładaj, bo skóry nie poznasz…
– Starszy stopniem oraz równo o rok stażem udzielał rad, żeby podkreślić swoje doświadczenie i rolę dowódcy patrolu. – Sypie coraz bardziej. Ruszajmy się szybciej, bo za chwilę będziemy wyglądać jak dwa bałwany. Coś gorącego bym wypił. – Wskazał brodą przebijający przez śnieżną zasłonę szyld stacji benzynowej. – Tam się ogrzejemy.
Przyspieszyli kroku. Nieopodal starszy mężczyzna w kożuchowej kamizelce oparł się o plastikową szuflę. Wyglądał, jakby poddał się w walce z zimowym żywiołem. Odprowadził wzrokiem nie tyle policjantów, ile ślady ich stóp błyskawicznie zanikające
pod padającym puchem. Od wielu dni Warszawa była we władaniu niespotykanej od lat zimowej aury. Przygarbieni piesi przemykali do swoich zajęć, chroniąc twarze przed wilgotnym śniegiem. Jezdnie były równie białe jak chodniki. Samochodami poruszali się tylko najodważniejsi lub pozbawieni wyobraźni kierowcy. Mróz i śnieg zdziesiątkowały też komunikację publiczną. Co jakiś czas można było ujrzeć stojące na poboczu uszkodzone autobusy bądź sznur tramwajów czekających na odśnieżenie
torowiska. Na przystankach rozstawiono dawno zapomniane koksowniki, żeby zmarznięci ludzie mogli się ogrzać, czekając na transport. Zmieniono termin zimowych ferii i już teraz zamknięto wszystkie szkoły oraz uczelnie.
– Co oni zwariowali? – Policjant pokazał na grupkę kilkunastu osób biegnących w ich stronę.
– Czegoś chcą. – Starszy posterunkowy zinterpretował nerwową gestykulację i mimikę biegnących. – Od nas chyba czegoś chcą.
Obaj stanęli niepewnie. Czekali.
– Tam jest! Tam jest! – Pierwszy dobiegł do nich trzydziestoparoletni mężczyzna w niebieskiej puchówce. – Łapcie go! Przez podwórka idzie.
– Nieprawda. Dwóch ich jest! – krzyknęła niska kobieta, która złapała jednego z policjantów za rękę. – Z dachu strzelają, panie władzo. Wszystkich nas zabiją!
Ludzie biegli, oglądając się nerwowo. Z przerażeniem w oczach mijali zaskoczonych funkcjonariuszy. Tęga kobieta szarpnęła policjanta.
– Róbcie coś. Na miłość boską, róbcie coś! – krzyknęła i dołączyła do uciekających osób.
– Kto zabije?! – krzyknął starszy stopniem. – Co tam się dzieje?!
– Łucznik! Łucznik! – odkrzyknęli oddalający się ludzie.
– Za mną! – Policjant odepchnął biegnącego z naprzeciwka chłopaka i ruszył w stronę podwórek pomiędzy czteropiętrowymi peerelowskimi bloczkami.
W wejściu do jednej z klatek schodowych tłoczyło się kilka osób.
– Tam są! – Jeden z mężczyzn z oszronionym wąsem pokazał palcem w niebo. – Na dachu.
– Schowajcie się do środka – zarządził starszy posterunkowy.
– Uciekają! – rozległo się z okna w bloku naprzeciwko. – Z tamtej klatki!
Policjanci dostrzegli dwie szczupłe postacie w czarnych strojach wychodzące z najbardziej oddalonej od nich klatki schodowej. Jedna z nich w prawej ręce trzymała długi, ponad półtorametrowy łuk. Druga niosła strzały.
– Stać! Policja! – krzyknął dowodzący patrolem.
Dwie twarze w czarnych kominiarkach odwróciły się jednocześnie. Postacie zastygły na ułamek sekundy, po czym ruszyły biegiem. Natychmiast zniknęły za rogiem budynku.
– Za nimi! – Starszy posterunkowy wydał komendę i wyciągnął pistolet z kabury. – Stać!
– Ale jazda! – rzucił młodszy i pobiegł za dowódcą. – To jakieś pieprzone ninje są!
Skręcili za budynkiem i w ostatniej chwili dostrzegli, jak uciekający znikają za rogiem kolejnego bloku. Przyspieszyli. Młodszy policjant wyraźnie zostawał z tyłu. Nie tyle z powodu braku formy, co ślizgających się butów. Zasapani wbiegli na kolejne podwórko. Na tyle duże, że zamaskowane postacie jeszcze nie zdążyły go pokonać.
– Stój! Stój, bo strzelam! – Starszy posterunkowy przeładował glocka 17. Wymierzył w niebo i pociągnął za spust.
Huk spotęgowany echem podwórka przysypanego śniegiem zabrzmiał jak wystrzał armatni. Jeden z uciekinierów poślizgnął się i upadł. Drugi, ten z łukiem, zatrzymał się koło kolegi. Kucnął, sięgnął po strzałę i założył ją na cięciwę. Starszy
posterunkowy przyklęknął. Wymierzył trzymany oburącz pistolet, wyrównał muszkę ze szczerbinką i strzelił. Huk zabrzmiał przeraźliwie. Czarna postać odrzucona siłą dziewięciomilimetrowego naboju upadła na plecy. Nie zdążyła wypuścić
strzały z łuku.
– Dwa ostrzegawcze były – rzucił starszy posterunkowy do drugiego policjanta i oddał jeszcze jeden strzał w powietrze.
– Pamiętaj, dwa były, a dopiero za trzecim razem do niego strzeliłem.
Powoli zbliżył się do leżących postaci, które wciąż trzymał na muszce. Obok niego stąpał niepewnie drugi policjant z przestarzałym P-83 w dłoni.
– Schowaj pukawkę, sprawdź ich i kuj. – Dowódca wydał rozkaz.
Jedna z postaci siedziała z uniesionymi rękoma. Głośno płakała. Młodszy policjant drżącymi rękoma założył jej kajdanki i ściągnął kominiarkę. Następnie pochylił się nad drugim uciekinierem leżącym bez ruchu na plecach. Na piersi ninji wyrastała
coraz większa ciemna plama. Śnieg pokrywał ją błyskawicznie, barwił się na czerwono i topniał. Policjant zerwał kominiarkę.
– To dziecko jest! Dzieciaka zastrzelili! – Podniosły się głosy ludzi gromadzących się na podwórku. – To ma być Łucznik?! Jaki morderca?! To tylko dziecko!
– Dzieciak nie dzieciak. Łucznik! Kto inny w śnieżycę z łukiem by ganiał. Teraz to nawet dzieci mordują! Żadnego szacunku dla starszych! – Niektórzy gapie mieli wyraźnie inne zdanie.
– Odsuń ludzi! – rzucił starszy policjant, po czym dodał przez radiostację: – Karetka i ekipa na Limanowskiego za Orlenem.
Postrzał.
Klęknął, zsunął śnieg z twarzy chłopaka i bezradnie popatrzył na szeroko otwarte, wpatrzone w niebo oczy trzynasto-,góra czternastoletniego dzieciaka. Obok leżał łuk zrobiony ze zwykłej gałęzi i drewniana strzała bez grotu. „Zabiłem jakiegoś smarkacza”, pomyślał. Złapał drugiego dzieciaka za ramiona i mocno potrząsnął.
– Co wyście zrobili, gówniarze?!
– To kawał, tylko chcieliśmy ludzi postraszyć… – wydukał chłopak poprzez łzy. – To miał być tylko żart.
* * *
Warszawianki i warszawiacy, drodzy mieszkańcy stolicy, nie poddawajcie się emocjom, nie wpadajcie w panikę. Nasze ukochane miasto zostało zaatakowane nie tylko przez najsroższą od niemal pięćdziesięciu lat zimę, lecz również przez szaleńca. Kiedy my wszyscy walczymy z żywiołem o utrzymanie komunikacji miejskiej, o przejezdność ulic oraz dostawy ciepła i energii, zwyrodnialec, tak należy go nazwać, sieje zamęt i wzbudza strach w nas wszystkich. Niestety, ze smutkiem potwierdzam krążące od wielu tygodni plotki. Tak, w Warszawie grasuje morderca. Łucznik, który w ostatnich dwóch miesiącach strzałą zadał śmierć już trzem osobom. Nieznane są nam jego motywy. Policja prowadzi zdecydowane czynności w celu ustalenia jego tożsamości i ujęcia.
Drodzy mieszkańcy, sytuacja jest trudna i wszyscy musimy zachowywać się odpowiedzialnie. Razem pokonamy zwyrodnialca. Apeluję o zachowanie daleko posuniętej ostrożności. Proszę, ograniczcie wyjścia z domu do niezbędnego minimum i unikajcie otwartych przestrzeni.
Wszelkie podejrzane osoby, zachowania i zdarzenia zgłaszajcie policji.
W komendzie stołecznej działa specjalny numer telefonu.
Nie ulegajmy panice, ale miejmy oczy i uszy szeroko otwarte.
Podchodźmy poważnie do zagrożenia. Razem złapiemy zwyrodnialca.
Żaden bandyta nas nie pokona. Warszawiacy i warszawianki zwyciężą.
Henryk Zamroz skończył czytać apel prezydenta Warszawy.
Wyłączył iPada i rozejrzał się po wagonie metra. Większość współpasażerów trzymała w dłoniach smartfony bądź czytniki. Sprawdzali wiadomości, wpisy w social mediach, korespondowali przez komunikatory, czytali e-booki. Kilka osób drzemało bądź patrzyło nieobecnym wzrokiem przed siebie. Zamroz niemal ze wzruszeniem spojrzał na osoby oddające się lekturze papierowych książek. Już dawno nie widział, żeby ktoś czytał którąś z jego powieści. Ostatnia, napisana po długiej przerwie, była bestsellerem. Jednak po jego stanowczej zapowiedzi, że pomimo sukcesu nie będzie następnej, wydawca stracił zainteresowanie promocją i sprzedaż coraz bardziej spadała. „No to teraz się zacznie”, wrócił myślami do apelu prezydenta miasta. „Wszyscy będą podejrzewać swoich sąsiadów i kolegów z pracy, a po kolejnej ofierze nawet samych siebie”. Zamroz nie miał wątpliwości, że Łucznik nie powiedział ostatniego słowa i będzie zabijał, dopóki nie zostanie złapany.
Oparł się mocno o laskę i z trudem uniósł z fotelika. Wyprostował, przezwyciężając ból kręgosłupa, i zbliżył do wyjścia z wagonu. Niedawno skończył sześćdziesiąt lat, ale po zawale jego ciało starzało się dwa razy szybciej, niż powinno.
Czasami miał wrażenie, że jedynym organem, któremu może jeszcze ufać, jest mózg. Pozostałe coraz częściej go zawodziły.
Pociąg wjechał na stację Świętokrzyska. Do mieszkania na Mokotowskiej miałby bliżej z Politechniki czy nawet Centrum, ale zamierzał wstąpić do księgarni na rogu Mazowieckiej, a potem przejść do Nowego Światu. Jeszcze rok temu bez problemu wróciłby do domu spacerem. Teraz był pewien, że na ostatnim odcinku skorzysta z autobusu. Z metra wyszedł na północno-wschodnim rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej.
Najpierw zaskoczył go śnieg sypiący jeszcze mocniej niż przez ostatnie dni. Potem dostrzegł kilka policyjnych radiowozów i szpaler funkcjonariuszy utrzymujący gapiów w odpowiedniej odległości. Policjanci kierowali ruchem. Od Powstańców Warszawy do Marszałkowskiej utworzył się wielki zator. „Z pewnością duży wypadek”, pomyślał. „Nic dziwnego przy tej pogodzie”.
– Pewnie z dachu strzelał – powiedział dwudziestoparolatek obejmujący dziewczynę w czapce z nausznikami zawiązanymi pod brodą.
– Z jakiego dachu?! Z samochodu – wtrącił głośno stojący za nimi otyły mężczyzna w średnim wieku. – Strzelił i potem szybko odjechał.
– Łukiem z samochodu? Bzdura. Osobowy za niski jest. Chyba że z autobusu – skwitował młodszy i zwrócił się do dziewczyny: – Chodź, idziemy, nie ma się na co gapić.
– Łucznik znowu zabił? – zapytał Zamroz otyłego mężczyznę.
– Pan to widział?
– A któż by inny? Łucznik. Wiadomo. – Pokręcił głową.
– Nie widziałem, ale mówili ci, co wcześniej przyszli.
– Może to tylko wypadek?
– Coś pan? Jaki wypadek? Strzała. – Do rozmowy dołączyła kobieta z trzęsącym się kundelkiem na rękach. – Na własne oczy widziałam strzałę, zanim go przykryli. Jakiś młody chyba. W brzuch dostał.
– Strach, panie. – Otyły powrócił do rozmowy. – Strach nad Warszawą.
„Tak, strach nad miastem”, skonstatował Zamroz i odszedł w stronę Nowego Światu. „Jest stary francuski film o takim tytule. Z Belmondo”. O planowanej wizycie w księgarni przypomniał sobie dopiero, gdy wysiadał z autobusu koło placu Trzech Krzyży nieopodal swojego mieszkania w kamienicy na Mokotowskiej.
fragment książki Artura Żurka "Łucznik"
Wydawnictwo Initium
premiera 29 listopad 2023 r.

