komu zginął trup

Komu zginął trup? - fragment książki Małgorzaty Starosty

Rozprawiając o śmiercionośnych skarbach natury i nierzadko pomysłowym ich wykorzystaniu przez zabójców na przestrzeni dziejów, mijali miasta i wioski, w tych okolicznościach przyrody wyglądające jak z baśni, które opowiadała Lindzie matka. Skojarzenie z matką i dzieciństwem przypomniało jej o Dorothei Rohrbeck, której tragiczną historię zgłębiła poprzedniego wieczoru. W świetle poznanych faktów znalezione w podsufitce listy zaczęły nabierać nowego znaczenia.

Sięgnęła do torby leżącej pod jej nogami i wyjęła z niej złożone na czworo kartki z tłumaczeniem. Koślawość zdań przełożonych przez narzędzie internetowe trochę kłuła ją w oczy, ale można było zrozumieć sens. Przynajmniej na tyle, żeby wyobrazić sobie opisywaną sytuację.

Skupiła się na pierwszym liście, w którym nadawczyni ostrożnie ukryła wszelkie nazwy i imiona, zamieniając je na inicjały, co zresztą było typowe dla prywatnych zapisków z tamtego czasu. Jako historyczka Linda nieraz badała źródła, które były niezłą gimnastyką dla umysłu, kiedy było trzeba ustalić, czy „E” oznacza Elżbietę czy może Edwarda albo Edgara. W listach adresowanych do Berthy (to imię pojawiało się w pełnej formie) występowało mnóstwo inicjałów, które dopiero po poznaniu historii „krwawych walentynek”, jak okrzyknęła to tragiczne wydarzenie ówczesna prasa, można było dopasować do właściwych personaliów.

– „Droga Bertho – czytała na głos, odchrząknąwszy – wydarzenia w K zaczynają przybierać coraz gorszy obrót. Po wyjeździe U napisałam do niej list, jednak sądzę, że on nigdy do niej nie dotarł, gdyż P go przejął. Widziałaś, jak na mnie patrzył? Tymi zimnymi, lodowatymi wręcz oczami, w których poza wściekłością i chciwością niczego innego już nie było. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak G mogła kiedykolwiek zobaczyć w tym potworze człowieka!”. – Linda odłożyła kartkę na kolana i westchnęła głęboko. – Ładnie zredagowałam? Teraz ma to sens. „K” to na pewno Kleppelsdorf, „U” to Ursel, kuzynka Dorothei, „P” to ten wieprz Peter Grupen, a „G” oznacza zapewne ciotkę dziewczyny, Gertrudę.

– A ta Berthe? – zapytał Jeremi, który nie towarzyszył Lindzie w jej historycznych wycieczkach poprzedniego dnia i nie pamiętał każdego szczegółu. Zresztą za dużo tam było tych wszystkich imion jak dla niego, zdecydowanie nie chciał zaśmiecać sobie pamięci. Widocznie musiał trzymać miejsce na takie nazwy jak phlegmonosa, morbus ulcerosus ventriculi albo carcinoma bronchogenes. Same pyszności…

– Berthe, mój drogi sklerotyczny doktorku, to panna Bertha Zahn, guwernantka Dorothei Rohrbeck i jej najbliższa przyjaciółka. Niewiele brakowało, a zostałaby jej macochą, a wtedy cała ta historia w ogóle by się nie wydarzyła, a Dörthe żyłaby jak księżniczka, dokładnie tak, jak chcieli dla niej rodzice. Tylko sobie wyobraź, Dżer – Linda popuściła wodze fantazji – masz pałac, prawdziwy pałac, wielki ogród, jesteś bogaty jak Sknerus McKwacz, natura obdarzyła cię urodą i wspaniałym charakterem. Możesz wszystko, dosłownie wszystko! Czy to nie brzmi jak marzenie?

– Owszem, brzmi – zgodził się Organek. – I tym bardziej jest mi przykro, że nie mogło się ziścić. Skoro Berthe miała zostać jej macochą, domniemywam, że matka dziewczyny nie żyła.

– Umarła krótko po urodzeniu dziewczynki, prawdopodobnie wskutek powikłań po ciężkim porodzie. Trochę trudno mi uwierzyć, że najpiękniejsza chwila w życiu kobiety może okazać się dla niej wyrokiem.

– Mnie również to przeraża, a w dodatku irytuje. Prawdopodobnie doszło do jakiegoś krwotoku, możliwe, że zakaziła się bakterią, wdała się sepsa… Kiedy to było?

– Oesu, ale mi zepsułeś apetyt… – Linda zerknęła do notatek, które zamieściła na marginesach tekstu. – Tysiąc dziewięćset czwarty. Wilhelm, jak to facet, nie był w stanie zajmować się noworodkiem, w dodatku dziewczynką, więc zatrudnił do opieki nad nią dwudziestosześcioletnią Berthę Zahn, kobietę o najmilszym usposobieniu i znakomitym podejściu do dzieci. No i niepodłą raczej, skoro z miejsca się w niej zabujał.

– Lindo! – oburzył się Jeremi. – Czy mogłabyś skupić się na faktach i nie konfabulować?

– Wcale nie konfabuluję, zdjęcia są w internecie, proszę bardzo, niedowiarku! – Podsunęła mu pod oczy telefon komórkowy z wyświetloną na ekranie kopią fotografii przedstawiającej młodą kobietę i nastoletnią dziewczynę. – Widzisz? Niepodła.

– Niech ci będzie – mruknął Organek – ale staraj się jednak nie zasłaniać mi widoczności, kiedy jedziemy tak szybko. I co dalej?

– Bertha wychowywała dziewczynkę i szybko stała się dla niej matką, co było raczej oczywiste i do przewidzenia, a starzejący się multimilioner postanowił dopełnić szczęścia i oświadczył się pannie Zahn. Ale musiała ta jego fortuna być solą w oku któregoś wyjątkowo złośliwego boga, bo niedługo później Wilhelm także odumarł dziewczynę. Chorował, biedaczek, trafił do szpitala, a potem umarł. Dlatego właśnie, jeśli ja zachoruję, to proszę mnie do żadnego szpitala nie wysyłać, bo tam ludzie oddają ducha, a później trafiają na stół takich świrów jak ty.

– Rozumiem, że ta multimilionowa fortuna przeszła na Dorotheę? – Zdawało się, że Jeremi zaczyna wczuwać się w historię i nawet nadążał za szczegółami.

– Wilhelm na ostatnich nogach zdołał jeszcze spisać testament – odrzekła Linda. – Nie był głupi, inaczej nie wszedłby w posiadanie tak wielkiego majątku, a dziewczynka przecież była niepełnoletnia. Rohrbeck zabezpieczył ją w ten sposób, że ustanowił kuratelę nad majątkiem do czasu osiągnięcia przez Dörthe pełnoletności oraz zapewnił pannie Zahn dożywotnią pensję i dach nad głową. Przez jakiś czas był spokój, a największych rozrywek dostarczały dziewczynce wizyty babci i ciotki, owdowiałej Gertrudy Shade i jej córek, Irmy i Urszuli. – Panna Miller umilkła, po czym głośno przełknęła ślinę. Ta historia wciąż mocno ją poruszała, co było słychać niemal w każdym słowie. – Mogło więc się wydawać, że worek z nieszczęściami został bezpowrotnie zawiązany.

– Ale?

– Ale ten jakiś złośliwy bóg, patafian niewyobrażalny, znów wykazał się podłością charakteru i sprowadził do życia Dorothei niejakiego Petera Grupena.

 

*

– Peter Grupen przed wojną był pomocnikiem murarza, zgłosił się do wojska na ochotnika, a udział w walkach pod Verdun przypłacił utratą lewego przedramienia, musiał więc szukać innego źródła utrzymania. – Salomea rozsiadła się wygodnie w fotelu obitym kwiecistą żakardową tkaniną. Siedziała nieco bokiem, dzięki czemu eksponowała niemożliwie długie nogi, co raczej nie było dziełem przypadku. – Miał niezły dryg do spekulacji, szybko dorobił się niewielkiego majątku, założył firmę budowlaną i podawał się za architekta. Oczywiście nie miał pojęcia o tym zawodzie, ale za to potrafił całkiem nieźle kłamać, a dzięki niepełnosprawności uchodził niemal za weterana i bohatera. Parał się także hipnozą, którą prezentował na salonach, czarując głównie damy. – Morawska puściła oko do nadinspektora, który zachichotał jak młokos. – Grupen nie lubił się przemęczać, toteż gdy tylko nadarzyła się okazja do zawarcia intratnego małżeństwa, odpowiedział na ogłoszenie matrymonialne i w krótkim czasie poślubił niejaką Gertrudę Shade, wdowę, która straciła męża wskutek wypadku na polowaniu.

Bączek słuchał opowieści kobiety, nie mogąc pozbyć się wrażenia teatralności. Słowa spływały z jej ust z taką łatwością i gładkością, jakby były doskonale wyuczone. Często spotykał się z tym w trakcie przesłuchiwania świadków i podejrzanych, którzy mieli dobrze przygotowaną „legendę”. Jego czujność rosła, choć on sam nie potrafił stwierdzić, dlaczego postanowił nie ufać tej kobiecie.

Wilczyński tymczasem niewiarę zostawił przy samochodzie i chłonął każdą głoskę wypowiadaną z doskonałą dykcją i ujmującą mimiką. W pewnej chwili, zupełnie nieświadomie, zaczął nawet naśladować wyraz twarzy Salomei – uśmiechał się, marszczył, krzywił w najgłębszej dezaprobacie.

– Gertrude była siostrą Hedwigi, matki Dorothei, znacznie starszą od Grupena, jednak utracjuszowi zupełnie to nie przeszkadzało, w końcu od początku chodziło mu jedynie o majątek żony i teściowej, a oba przehulał nader szybko. – Salomea skrzywiła się nieznacznie przy słowie „przehulał”. – I wtedy los znów się do niego uśmiechnął, kiedy Gert, jak ją pieszczotliwie nazywał, zabrała świeżo poślubionego małżonka w odwiedziny do siostrzenicy. Wyobrażam sobie, że Peter, nieodporny na kobiece uroki, ale przede wszystkim wyjątkowo czuły na oznaki bogactwa, natychmiast podjął decyzję o przejęciu majątku Dorothei. A mógł to zrobić na kilka sposobów, spośród których najłatwiejszym wydawało się małżeństwo z piękną dziedziczką.

– Bigamia nawet wtedy była przestępstwem – zauważył szorstko Bączek.

– Owszem, komisarzu, dlatego właśnie musiał podjąć pewne działania, żeby uniknąć kłopotów z prawem. Obecnej żony należało się pozbyć, ponieważ już wykonała swoje zadanie i nie była mu do niczego potrzebna.

– Trudno uwierzyć, żeby poważna kobieta zgodziła się na rozwód i ze spokojem patrzyła na to, jak jej były mąż układa sobie życie z młódką. – Zmysł psychologa znów wziął górę w policjancie.

– Touché! – Salomea roześmiała się dźwięcznie i spojrzała na Bączka z uznaniem. – Jak już wspomniałam, Grupen był prostym mężczyzną, a w dodatku nie lubił się przemęczać, więc zwykle wybierał rozwiązania, które wydawały mu się najprostsze i najmniej angażujące. Pewnego dnia Gertrude po prostu zniknęła, a udający porzuconego małżonek rozpowiadał, że niewierna uciekła z kochankiem do Ameryki.

– I jej dzieci w to uwierzyły? – zastanawiał się komisarz. – Przecież to absurd.

– I dzieci, i matka. – Salomea rozłożyła ręce, jakby mówiła: „Cóż ja na to poradzę?”. – Moim zdaniem, a podobnie myślało sporo osób, które zajmowały się później tą sprawą, Grupen rzeczywiście przejawiał talent do hipnozy. Zresztą udowodnił to jeszcze kilka razy, co potwierdził nawet ówczesny autorytet w tej dziedzinie, powołany jako biegły w procesie.

– Naprawdę był w stanie przekonać matkę, że jej córka zniknęła z gachem? – Wilczyński, zatwardziały stoik, sceptyk, racjonalista i krytyk intuicji, zupełnie nie potrafił zaakceptować tego faktu.

– Na to wygląda, nadinspektorze – odparła kobieta, obdarzając go uroczym uśmiechem. – Nie wiemy wprawdzie, jak wyglądały ich relacje, ale jedno jest pewne: życie Irmy, Urszuli i ich babki toczyło się dalej, jakby nigdy nic. A zgodnie z planem Grupena wkrótce miało zmienić się na jeszcze lepsze.

– Niewiarygodne – mruknął Bączek. – Czy ten człowiek wyglądał jak Henry Cavill? Albo Brad Pitt w Wywiadzie z wampirem?

Salomea wybuchła głośnym śmiechem, który odbił się echem od ścian i przepięknych tapiserii.

– Ależ skąd, panie komisarzu, bynajmniej – rzuciła, wciąż rozbawiona. – Według dzisiejszych standardów uchodziłby raczej za odpychającego, z nadmierną tuszą i przesadnie wypomadowanym wąsem. Moim zdaniem przypominał Balzaka, a jego raczej nie uznałby pan za ideał urody.

Wilczyński, usłyszawszy o „nadmiernej tuszy”, odruchowo wciągnął brzuch, jednak niewiele to pomogło, a jedynie zbladł trochę i zabrakło mu tchu.

– O gustach się nie dyskutuje – odparł Bączek, zastanawiając się, na jak wielki lincz by się naraził, gdyby publicznie oznajmił, że Salomea zupełnie nie jest w jego typie. Wzięliby go za wariata? Ślepca? Bezguście?

– To prawda – zgodziła się kobieta. – Wracając do naszego bohatera, należy pamiętać, że w tamtych czasach, a był rok tysiąc dziewięćset dwudziesty pierwszy, kobiety miały niewiele praw i niemal żadnego znaczenia w społeczeństwie. Dopiero mężczyzna w jakiś sposób nadawał im status, zakotwiczał je w środowisku, lokował w towarzystwie. A taki Grupen, mający znakomite koneksje zdobyte dzięki swoim zdolnościom, człowiek o wielu twarzach, potrafiący natychmiast znaleźć język, jakim docierał do różnych ludzi, był wbrew pozorom doskonałą partią. To znaczy: był taką partią w swoim mniemaniu, bo zarówno jego pasierbice, jak i Dorothea oraz panna Zahn uważały go za odrażającego, o czym można przeczytać w kilku zachowanych pamiętnikach.

– No ja się wcale nie dziwię! – wypalił skrzywiony Wilczyński, przypomniawszy sobie pewien fakt, z którym zdążył się zapoznać, gdy po raz pierwszy sprawdzali z Bączkiem informacje na temat Wlenia. – Ta wszawa menda była pedofilem!

– Zapewne – przyznała dziwnym głosem Salomea. – Rzeczywiście, jasno na to wskazały wyniki sekcji zwłok Urszuli.

– Skur… – Bączek zacisnął szczęki tak mocno, że zgrzytnęły mu zęby. – Takich należałoby wieszać na widoku, po śmierci zabalsamować jak Lenina, żeby ich mordy na zawsze były przykładem, co spotka ich naśladowców.

– Już, już, uspokój się, Michaś – upomniał go łagodnie Wilczyński. – Akurat za to Grupen został ukarany, i to dość przykładnie – zabłysnął wiedzą. – Dwa dożywocia to całkiem sporo, nawet jeśli nie wystawili go w szklanej trumnie jak Lenina.

– Za zabójstwo żony chyba też powinien? – odciął się komisarz.

– I Dorothei oraz Urszuli – dodała Salomea.

– Z tym pewnie był większy kłopot, bo proces był poszlakowy – dywagował Wilczyński. Lubił mówić o rzeczach, na których się znał, a akurat na tym znał się jak na niczym innym. – Poza tym menda nigdy nie przyznała się do winy, mam rację?

Pytanie skierował do Salomei, która skinęła głową i stwierdziła:

– Prawdopodobnie nigdy nie poznamy prawdy, choć gdyby śledczy wzięli pod uwagę podjęte przez Grupena próby zamordowania Dorothei, być może z większym zaangażowaniem wyciągaliby z niego zeznania.

 

*

– „Moja droga Bertho, jestem pewna, że P ma jakieś diabelskie zamiary i z każdym dniem coraz bardziej się boję. Boję się o Ciebie, o U, o I, o siebie najmniej, ale wciąż. Już raz próbował mnie otruć, na szczęście byłaś obok, a wczoraj, kiedy zabrał mnie na łódkę, niby przypadkiem ją przechylił, a kiedy usiłowałam uchwycić się wiosła – jestem tego pewna! – chciał mnie wepchnąć pod wodę. Hauptmann Vielhaak ani trochę mi nie uwierzył, on też znajduje się pod jego wpływem! Nie wiem, co robić, Berthe, zupełnie nie wiem!”.

Linda przeczytała fragment listu, czując, jak wielka gula rośnie jej w gardle. Spomiędzy słów wyzierał lęk tak prawdziwy, że ona sama, sto lat później, poczuła jego przemożne działanie.

– Dżer, to straszne – stwierdziła z goryczą. – Wyobrażasz to sobie? Taki potwór i niewinna, bezbronna dziewczyna, której życie zależało od jakiegoś tam zarządcy, a ten zarządca był pod urokiem potwora! Biedna, biedna Dörthe.

– To prawda – przyznał Organek. – Że też nikt niczego nie mógł zrobić, żeby jej pomóc. Grupen dobrze wiedział, że panna Zahn nie pozwoliłaby Dorothei wyjść za niego, dlatego ją usunął.

– Też tak sądzę. Usunął ją, a dziewczynę pozbawił pieniędzy; pewnie chciał ją w ten sposób zmiękczyć. Co za wstrętna kreatura, w prątkach cholery kąpana.

– Ale ty popatrz, jakie to było uparte i nieugięte – syczała Linda, kręcąc głową. – Skoro nie mógł jej poślubić, to postanowił zabić, byleby położyć łapsko na majątku.

– A jesteś pewna, że by położył?

– Nooo, pewnie na jakiejś części. Dorothea miała jeszcze stryja i ciotkę od strony ojca, babkę mieszkającą z Urszulą i Irmą, a Grupen dziedziczył po Gertrude. Chociaż jak tak teraz myślę, to jednak on był głupi – stwierdziła nagle i uśmiechnęła się z satysfakcją. – Skoro, jak twierdził, Gert uciekła z kochankiem, ergo: żyła, to ona dziedziczyła, więc zanimby załatwił formalności, mógłby zdechnąć na chorobę weneryczną.

– Lindo! – Organek był szczególnie wrażliwy na punkcie obrażania ludzi, nawet tych kanaliowatych. – Chociaż masz rację – poprawił się niemal natychmiast. – Powinien zdechnąć zatruty rtęcią. Za tę dziewczynkę.

– Biedna Ursel – westchnęła blogerka. – Takie potworności nigdy nie powinny spotkać żadnego dziecka. Ale słuchaj tego! – Podniosła głos pod wpływem niespodziewanego odkrycia. – Jedna kartka to list od Berthy!

Jeremi uniósł brwi i zerknął na leżący na kolanach Lindy papier.

– Czytaj, tylko nie wykrzykuj tak nagle, bo stresujesz kierowcę.

– Ty to jesteś kierowca bombowca – bąknęła Linda i zagłębiła się w tekście. Przebiegła szybko rzędy liter, zmarszczyła czoło i przeczytała, modulując głos: – „Moja najdroższa Dörthe, to wszystko brzmi bardzo niepokojąco, zwłaszcza że doszły mnie słuchy o nadchodzącym przyjeździe P z dziewczynkami. Obawiam się, że będziesz musiała być dzielna i uważna, pilnuj się bardziej niż zwykle. M przekazuje mi listy od Ciebie, ale uznałyśmy, że gdy on będzie blisko, lepiej nie kusić losu. Zostawiaj je w naszej skrytce, ja będę robić to samo. Twoją ciotkę znaleziono niedaleko Hamburga, niezbyt daleko uciekła, jak widać… Proszę cię, Dörthe, uważaj. I pisz, jeśli cokolwiek Cię zaniepokoi”. – Dziewczyna oderwała wzrok od kartki i zapatrzyła się w dal. – Czuję się, jakbym czytała jakiś przerażający kryminał.

– Nie da się ukryć, że brzmi przerażająco – zgodził się patolog. – Wygląda na to, że ten człowiek był zdolny do wszystkiego.

– Gdybym dorwała go w swoje ręce… – wycedziła blogerka niemal z nienawiścią.

– Dosięgła go zasłużona kara.

– A guzik! Czekaj, czytam dalej. – Przełożyła kartkę i znów zagłębiła się w tekst. Wzdychała, sapała, przewracała oczami, aż w końcu odchrząknęła i przeczytała na głos: – „Jego obecność jest absolutnie nieznośna. Czuję wstręt, kiedy znajduje się blisko, dlatego też wciąż uciekam, zabierając ze sobą Ursel. Przybyła z nim panna Mohr, okropna kobieta, wciąż łasi się do niego, szepcze mu jakieś niestosowne rzeczy, znikają na całe godziny. Babcia twierdzi, że to nic niezwykłego, a ja jednak wiem swoje, Bertho, nie jestem już dzieckiem. Widzę, jak ona na niego patrzy, a on dotyka jej w taki sposób, że odwracam wzrok. On na mnie też tak patrzy, jak drapieżne zwierzę na swoją ofiarę”. Brrrrrr! – Linda wzdrygnęła się tak gwałtownie, że zatrzęsła całym samochodem. – Jakie to wstrętne, niedobrze mi się robi od samego czytania.

– To może nie czytaj… – Jeremi także wydawał się zniesmaczony, choć w jego fachu niewiele rzeczy potrafiło go złamać. Są jednak granice.

– Nie mogę, muszę się dowiedzieć, po jakie licho eks denat zostawił mi ten prezent. Nie wierzę, że chciał zachować go dla potomnych i dlatego przekazał historyczce.

– Swoją drogą, ciekawe, gdzie to znalazł – zauważył Organek, a Linda musiała się z nim zgodzić. – Może w tej skrytce, o której mowa w liście?

– Ty możesz mieć rację, doktorku! – stwierdziła z emfazą dziewczyna. – I zobacz, to właściwie miałoby już większy sens: on to znalazł w jakimś schowku, przeczytał, a niemiecki znał lepiej niż polski, odkrył coś, czego nikt nie wie, i przekazał nam, żebyśmy coś z tym zrobili. No genialne!

– Przypominam ci, że te listy mogą być motywem zabójstwa.

Ta uwaga wyraźnie zaskoczyła Lindę. Nieuważnym ruchem odgarnęła niesforną grzywkę, po czym znów zapatrzyła się przez przednią szybę. Myślała, myślała, aż wymyśliła.

– Dobra, ty jedź, a ja przeczytam to wszystko od deski do deski i jak znajdę coś, co może wydać się interesujące, to to przegadamy.

Jeremi wyraził milczącą zgodę, skupiając się na coraz bardziej krętej drodze, a Linda zatopiła się w lekturze. Na odnalezienie czegoś wartego przegadania nie było trzeba czekać bardzo długo.

– Ja pier-dzie-lę, Dżer, chyba mam! – wydyszała, wlepiając wzrok w kartkę. – Niech mnie szerszeń użre i KGB strzela do mnie z parasoli, ten gamoń naprawdę na coś wpadł! Nie wiem, czy to może być motyw zabójstwa, ale wiem, że właśnie to zwróciło uwagę Ajaksa! On na pewno, no musiał się tym zainteresować, przecież to…

– Lindo? – odezwał się na pozór spokojnie Jeremi, przerywając radosny słowotok swojej towarzyszki. – Czy mogłabyś przejść do rzeczy? Niedługo będziemy na miejscu.

– „Wydaje mi się, że coś się zmieniło – zaczęła czytać na głos historyczka – coś, czego nie umiem określić, ale jest inaczej. P jakby mniej się mną interesuje, wcale nie przychodzi do nas, gdy bawimy się z U, nie gra już tyle w karty z babcią, w ogóle dziwnie się zachowuje. To znaczy: dziwnie jak na niego, a to – jak wiesz – już samo w sobie jest dziwne wyjątkowo. Kilka dni temu coś zwróciło moją uwagę: zdało mi się, że w saloniku zimowym brakuje obrazu. Dwa dni później brakowało już nie jednego, ale dwóch. Kiedy dziś obeszłam wszystkie pokoje, upewniłam się, że zniknęło kilka dzieł Willmanna, które tatko tak bardzo kochał. Powiedziałam o tym babci, a ona okropnie mnie zrugała, twierdząc, że nie wolno mi oskarżać P. Ale to nie P je zabrał, Bertho, on nigdy nie poznałby się na takiej sztuce. Powiedziałam też U i ona zgodziła się ze mną, że powinnyśmy przejrzeć rzeczy M. Zrobimy to jutro, w wigilię świętego Walentego, a gdy znajdziemy dowody, P i ta jego kochanica znikną z mojego życia na zawsze! Znów będziemy wolne, Bertho, a Ty wrócisz do domu!”.

W samochodzie zapadła cisza, jeśli nie liczyć odgłosu silnika, który mruczał, przemierzając kolejne kilometry. Linda w wyrazie największego osłupienia patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem, a Jeremi gorączkowo układał w głowie myśli, które pojawiły się wraz z cytowanym fragmentem listu. Pierwsza odezwała się panna Miller, która w oszołomieniu zorientowała się, że właśnie rozwiązała jedną z zagadek.

– Dżer… To był ostatni list, jaki wyszedł spod ręki Dorothei Rohrbeck, dziedziczki, pani na Kleppelsdorfie. Dwa dni później zarówno ona, jak i Urszula nie żyły, zastrzelone w bawialni z pistoletu należącego do Grupena.

– Tak, Lindo. – Tylko tyle był w stanie powiedzieć Jeremi, choć i to przyszło mu z trudem.

– We wszystkich artykułach, z jakimi się zetknęłam, badając sprawę śmierci Dorothei i Ursel, ani razu nie pojawiła się najmniejsza nawet wzmianka o M, czyli Marii Mohr, jako potencjalnej współzbrodniarce. A co, jeśli to nie Grupen pociągnął za spust czternastego lutego tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku? Z zeznań babki dziewcząt wynikało, że kiedy padły strzały, Grupen znajdował się razem z nią. Nie mógł więc popełnić tej zbrodni, bo teleportować się nie potrafił.

– Rzeczywiście to byłoby trudne – potwierdził jej tok rozumowania Jeremi.

– Jest jeszcze wątek jego ucieczki z więzienia. Podobno strażnik, który go wypuścił, kilka razy wspomniał o jakiejś kochance, która miała czekać na Grupena w Jeleniej Górze i pomóc mu uciec do Czech. Problem w tym, że Maria Mohr zniknęła zaraz po aresztowaniu Grupena i ślad po niej zaginął. A on finalnie nigdzie nie uciekł, tylko wrócił do więzienia, załamany jak nigdy wcześniej, i ostatecznie popełnił samobójstwo.

– I chyba już wiemy, co miała znaczyć „barokowa Wenus” – zauważył Organek.

– Tak, zdecydowanie. Jestem pewna, że właśnie o obrazy Michaela Willmanna chodziło Ajaksowi. Już sto lat temu jego dzieła były niezwykle wysoko cenione, a wiadomo, że część z nich zaginęła w historycznej zawierusze. To wszystko do siebie pasuje, Dżer!

Jeremi podzielał wnioski Lindy. Nie potrafił jednak znaleźć ogniwa łączącego zbrodnię sprzed wieku ze śmiercią Mariusza Żywiuszki. Chyba że…

– Myślisz, że Żywiuszko mógł wiedzieć o listach? – zapytał, układając myśli.

– Myślę, że mógł – potwierdziła Linda z zaciekłą stanowczością. – Myślę, że o nich wiedział, możliwe, że pomagał eks denatowi w ich ukryciu, ale dlaczego umarł… tego nie wiem. Brakuje nam co najmniej kilku danych, ale jak tylko znajdziemy tego cymba…

Jeremi nacisnął na hamulec z taką siłą, że jedynie pas – zamontowany dokładnie w tym celu – uchronił Lindę przed złamaniem nosa o deskę rozdzielczą.

– Co robisz?! – wrzasnęła, trzymając się za obojczyk.

– Ratuję człowieka przed śmiercią pod kołami – odparł Organek, a o jego zdenerwowaniu świadczyły wyłącznie grube krople potu na czole. – Mówiłaś, że jak wygląda ten twój Ajax?

Linda odsunęła z oczu grzywkę, która przykleiła się jej do czoła, i otworzyła szeroko oczy.

– O w mordę mordercy, tylko jeden człowiek byłby na tyle głupi, żeby zatrzymywać sobą samochód na środku drogi krajowej! – Odpięła pas, podniosła się z fotela i wrzasnęła: – A tobie nie wystarczy jedna śmierć, Bartman?! Mądrości w życiu pozagrobowym ci nie przybyło, jak widać!

Stojący zaledwie kilka metrów przed maską Kazika młody mężczyzna uśmiechnął się zniewalająco, ukazując śliczne dołeczki.

– Lin, jak ja się za tobą stęskniłem! – krzyknął i w trzech susach znalazł się na tylnej kanapie mercedesa. – Wiedziałem, że to rozkminisz, moja szalona Wenus. Ajax Bartman – przedstawił się oszołomionemu Organkowi i wyciągnął rękę, w której trzymał skrawek papieru. – Niech pan jedzie pod ten adres, tam będziemy bezpieczni.

Silnik zaryczał, opony zapiszczały i Organek ruszył z impetem, jakby gonił go co najmniej hipnotyzer morderca sprzed stulecia.

 

 

Fragment książki Małgorzaty Starosty "Komu zginął trup?"

Wydawnictwo Mięta

https://wydawnictwomieta.pl/produkt/komu-zginal-trup/

 


Komentarz jako:

Komentarz (0)


This copy of application is not genuine
Contact bdtask.com